czwartek, 16 lipca 2015

Wszystko pod górkę...

...i to dosłownie. Ostatnio na nic nie mam czasu a najgorsze jest to, że siedzę własnie z anginą... Wiadomo, choroba to człowiek uwięziony i nic nie zrobi. W Kubusiowie bywamy mniej więcej co dwa tygodnie bo czasu brak albo się zawsze coś "przydarzy". Jak już jesteśmy to nie wiadomo w co ręce włożyć, bo niby susza ale chwastom jakoś specjalnie to nie przeszkadza :)  Dobra, teraz troszkę zdjęć z ogrodu - części bylinowej...

 


...i części frontowej....
  



Warzywnik za każdym razem kiedy jadę mnie przeraża... tam to dopiero jest pielenia! Tak prezentuje się ogólnie...





Musiałam zrobić kanciki przy skrzyniach bo ta wysoka trawa, której nie dało się osic kosiarka doprowadzała mnie do płaczu. 

  
  


I to by było na tyle :) 
Pozdrawiam Was gorąco i życzę wszystkim bombowych wakacji!

Gosia






środa, 6 maja 2015

Zmiany, robota i zabójcza majówka...

...dokładnie w tej kolejności... i wszystko dosłownie... a zaczęło się tak niewinnie... To co Wam teraz opowiem działo sie przez ostatnie 3 weekendy...
Od dawna myślałam o tym, żeby na warzywniku zamiast "płotka" posadzić coś co będzie zatrzymywało ten hulający wszędzie wiatr.... Padło na graby. Niewiele myśląc zamówiłam... no i przyszły. ..Bagatela 200 sztuk graba  
Zawieźliśmy je do Kubusiowa wsadziłam je do koszyka żeby się namoczyły....

One sie moczyły a ja myślałam sobie -"co to jest? dwie godziny i po robocie" - ha! Jaka głupia byłam... Nie dość, że ta glina na warzywniku ciężka jak cholera i kopanie w niej to koszmar to jeszcze trzeba było kompost i piasek na górę wozić bo w tej glinie posadzić się grabów nie dało... Mało tego! Tak wiało, że miałam wrażenie, że mi mózg wywiewa... No ale udało się! Graby posadzone, podlane...Trzeba było jeszcze posprzątać i narzucić trochę dobrej ziemi na ten piasek. Płot miałam zamiar rozebrać w weekend majowy i powiększyć rabaty na jednoroczne (chociaż nie wiedziałam czy tam będą jednoroczne) 


Ponieważ Teść zamówił drewno do kominka w pełnym wymiarze (zaraz zobaczycie o co chodzi) trzeba je było pociąć i porąbać na mniejsze... Wszystko byłoby ok, gdyby nie fakt, że przy tym rąbaniu uczestniczył mój Kuba... Uczestniczył tzn rąbał drewno - siekierą! ( i tu zaczyna się część posta, która nie jest przeznaczona dla matek o słabych nerwach)
Okazuje się, że mój syn, dla przypomnienia lat 6, świetnie radzi sobie z siekierą. Oczywiście pod nadzorem dorosłych ale gdy to zobaczyłam po raz pierwszy mało nie padłam na zawał... 

 


Noooo, właśnie... i bądź tu człowieku wyluzowany... ;) 

26 i 27 marca odbyły się targi w Starym Polu, z których nie mam ani jednego zdjęcia ale to był czas gdy spotkałam się z Martą (W Stańczykowie), która podarowała mi roślinki na rabaty przy warzywniku. Martuś jeszcze raz bardzo dziękuję i całuje gorąco! :) 
To zmobilizowało mnie do prac "odkrywkowych" na warzywniku. 


I tak to się zaczęło... W weekend majowy przyjechałam zaopatrzona w kolejne rośliny od Moniki i Gosi z Ogrodowiska. Dziewczyny wielkie buziaki przesyłam :D
To co zrobiłam przerosło moje wyobrażenie... zdjęcia nie oddają tego jaki fragment przekopałam... Pozbyłam się płotu na warzywniku i powiększyłam rabaty...



I dla wszystkich, którzy mają glinę w ogrodzie.... Jak masz taką glinę jak ja to robisz tak:

Górną warstwę gliny zdejmujesz.... wywozisz i nawozisz dobrej ziemi... po moim wywożeniu powstała taka oto góra....


Z góry dobrej ziemi, którą nawoziłam na rabaty pozostało tylko tyle...


Pewnie spytacie gdzie byli moi Panowie... no to odpowiadam... kopali ponad 100 metrów rowu pod rurę z wodę i prądem by było podlewanie na warzywniku. Okazało się, już w zeszłym roku, że studnia, która zaopatruje dom w wodę nie wyrabia gdy podlewanie na warzywniku jest załączone. Trzeba było więc zrobić kolejną studnie i doprowadzić z niej wodę do istniejącej instalacji. Chłopaki, jak i ja urobieni byliśmy po pachy... Po dwóch dniach, kopania i wożenia ziemi i gliny taczkami wyglądałam tak: 


Na szczęście były też chwile oddechu... Kuba z Babcią Ewą założyli grupę harcerską pod nazwą "Drużyna Borsuków" :) A drużyna Borsuków zorganizowała... (za drobną opłatą ;))




Po sprawdzeniu biletów wstępu można się było zrelaksować przy cieple ogniska i upiec przecudną kiełbaskę i chlebek :D 

  



I tak.... utyrani do granic możliwości wróciliśmy do Wawy... do dzisiaj czuję każdą wrzuconą do taczki łopatę gliny... mam jednak nadzieje, że trud włożony w tą robotę opłaci się :D 

Macham do Was i pozdrawiam
Gośka